Wywiad z Michałem i Mikołajem

Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni – to mogła by być dewiza Twórczywa. Wiele razy zaczynali od nowa, nie poddając się zwątpieniu. Czy to hartuje? Tak. Czy to utwardza? Mam nadzieję, że nie i że wciąż Michał i Mikołaj są tymi samymi fajnymi, otwartymi chłopakami, co parę lat temu, gdy zaczynali prawie od zera. Ujawnili mi to i owo w długim, szczerym wywiadzie, który opowiada burzliwą historię Twórczywa z pierwszej ręki – tak, jak to było. Tak, jak oni to widzą. Voilà!

Z (jak Zakro, czyli Michał): Chcielibyśmy przybliżyć Wam historię Twórczywa, może nawet się nigdy nie zastanawialiście się nad tym dlaczego to wszystko wygląda jak wygląda, skąd to się wzięło, dlaczego TWÓRCZYWO funkcjonuje tak, a nie inaczej.

M (jak Miklosz, czyli Mikołaj): Do pewnego momentu nie docierało do nas w ogóle, że może to być ciekawa historia, po prostu robiliśmy swoje. Pewnego dnia moja znajoma poprosiła mnie, abym opowiedział jej o powstaniu naszej firmy. W trakcie historii zaczęły wychodzić różne anegdoty, wątki. Uświadomiło mi to, że ludziom ta historia może się po prostu podobać, może inspirować. To wszystko, co nam się wydarzyło, traktujemy jak przygody, które stworzyły tę firmę i są fajną historią, którą chcieliśmy się ze wszystkimi podzielić. 

Gdzie się poznaliście? 

Z: (śmiech) W miejscu, które jest absolutną antytezą tej firmy. Ja w wieku 25 lat pracowałem w dużej agencji reklamowej. Zaczynałem jako copywriter i była to moja pierwsza poważna praca. Siedziałem tam, siedziałem i myślałem, że jeża urodzę. Nagle przyszło jakiś dwóch knypków – to było bardzo śmieszne…

M: Żeby to nie wyszło tak, że Ty tak siedziałeś i czekałeś na nas…

Z: Trochę jakby! (śmiech)

M: Po prostu się tam pojawiliśmy w pewnym momencie z moim kolegą ze szkoły, bo wygraliśmy jakiś śmieszny konkursik reklamiarski i zaproszono nas na staż do tej agencji jako grafików, przepraszam art directorów ;), więc poszliśmy zobaczyć, z czym to się je.

Z: Praktycznie, posada w agencji polega na tym, aby robić tak, żeby nic nie robić. Jest to praca nudna, odtwórcza, jak w fabryce gwoździ.

M: Właściwie wygląda to jak klasyczna robota kopciuszka – jak oddzielić popiół od maku i to jeszcze tak, aby wszystkich zadowolić, z wyjątkiem siebie…

Z: …jednocześnie pieniądze się zarabia strasznie marne. Obydwaj poza pracą na etacie robiliśmy swoje rzeczy. Miklosz realizował prywatne zlecenia jako grafik, a  ja z moją pierwszą żoną robiliśmy pierwsze TWÓRCZYWO. Zaczęło się właściwie od mojego teścia, który jest domorosłym geniuszem – wymyślił własną technologię, sam nauczył się programować i budować maszyny, a Michalina – moja była już żona, zaadaptowała ją do swoich pomysłów, które orbitowały wokół designu i wystroju domu. Byliśmy wtedy młodzi, mieliśmy bardzo dużo zapału, a jednocześnie mało doświadczenia i niewielką umiejętność managersko-organizacyjną, więc byliśmy taką parą amatorów-zajawkowiczów, którzy produkowali poduszeczki, kafeleczki, itp. To były fajne rzeczy, ładne, ale mieliśmy za dużo pomysłów, a za mało możliwości, żeby to realizować, jednocześnie oboje pracowaliśmy na etatach, strasznie dużo czasu zajmowało wszystko. I tak by pewnie było i się toczyło, gdyby nie to, że któregoś dnia wywalono mnie na zbity pysk z mojej umowy o pracę – na pysk, ponieważ, gdy wróciłem z lunchu okazało się, że już tam nie pracowałem. Mikołaj chwilę później też przestał tam pracować, też go wywalili. Ja w tym czasie zacząłem robić papiery na trenera squasha, zacząłem zarabiać na tym, że uczyłem ludzi grać w squasha, Mikołaj robił więcej swoich różnych spraw na freelance, żeby się jakoś utrzymać, no i któregoś dnia w klubie Aero ja właśnie tam uczyłem i wtedy Miklosz do mnie napisał, że chce ze mną poważnie pogadać. Pamiętasz?

M: Pamiętam, oczywiście. Chciałem pogadać o tym, aby wskrzesić TWÓRCZYWO w nowej formule, bo stara akurat wtedy podupadała, ponieważ żona Michała zajęła się swoją pracą i zwyczajnie nie miała czasu na to, żeby prowadzić ten biznes. Trochę się też wyczerpała formułą takiego butiku kreatywnego i stwierdziłem, że w związku z tym, że jesteśmy dobrym teamem copy-art, to dlaczego nie mięlibyśmy robić TWÓRCZYWA dalej? 

Z: Pamiętam, że powiedziałeś, że TWÓRCZYWO ma tak dobre warunki na rozwój, że szkoda by było taki potencjał zmarnować, bo ja oczywiście jako wielki zapaleniec chciałem spalić za sobą wszystkie mosty i miałem po prostu trenować ludzi squasha. Michalina powiedziała, że jej firma się na tyle rozwija, że nie ma czasu się tym zajmować. Wtedy właśnie przyszedł Mikołaj i powiedział “Nie pierniczmy tego, bo może wyjdzie z tego coś fajnego.”.

napis ze sklejki w pierwszej garażowej malarni

M: Pamiętam jak dziś. Powiedziałem, dajmy sobie pół roku, jeśli w ogóle to ma działać to zobaczymy co z tego wyjdzie. Oczywiście zakładaliśmy, że będziemy zajmować się TWÓRCZYWEM tylko dorywczo, dwa dni w tygodniu, aby każdy miał czas w danym momencie na swoje główne zajęcie i postanowiliśmy wejść w to co właściwie zostało po Twórczywie. 

Z: Cała ta historia rozwoju firmy koreluje z naszymi prywatnymi doświadczeniami. Mnie się urodził wtedy syn Tadeusz, więc było mi na rękę, że już nie pracuje w korporacji “od do” tylko trenuje squasha, który zabiera mi czas tylko wieczorami, więc miałem czas, żeby zajmować się swoim synem w międzyczasie zajmując się pobocznie Twórczywem, później uczyłem ludzi grać. Mikołaj między hauturkami dla TWÓRCZYWA zajmował się tworzeniem kolejnej wersji strony, którą musiał zrobić dla klientów, bo też jakoś musiał zarobić. Trwaliśmy w tym dość długo.

M: My żeśmy traktowali to naprawdę dorywczo, na zasadzie: spotkajmy się wieczorem, zróbmy trochę kafelków, pojawialiśmy się na jakiś targach i tyle. To nie była żadna poważna inicjatywa. 

biuro w garażu

Z: Żyliśmy w nadziei, że jeszcze jakoś to odżyje. Później doszliśmy do wniosku, że to chyba się nie uda. Wszelkie znaki na ziemi i na niebie wskazywały nam brutalnie, że nie da się zarobić nie inwestując strasznie dużych pieniędzy, których nie mieliśmy. Trylion różnych wykonywanych rzeczy, z których każda wymaga jakiegoś zaplecza technologicznego, doświadczenia, środków, nakładów… Nie mieliśmy śmiałości, aby wziąć kredyt w banku na milion złotych i zainwestować w tę działalność, więc stwierdziliśmy, że ze wszystkich rzeczy, które Twórczywo robiło postawiliśmy na Ledon, który był wtedy jeszcze w powijakach. 

M: Właściwie od początku mocno stawialiśmy na typografię, bo wszędzie się tam gdzieś przewijała na poduszkach, kafelkach. To mnie właściwie przyciągnęło do Twórczywa, bo zawsze to był mój konik. Postanowiliśmy się skupić na tym, co było najbardziej rentowne, ale też najbardziej, moim zdaniem, atrakcyjne, czyli napisy. Jeszcze wcześniej, przed Ledonami, tworzyliśmy napisy styrodurowe i sklejkowe. Postanowiliśmy więc przenieść akcent: więcej napisów, a mniej dupereli i gadżetów.

Z: Na dwa dni w tygodniu, mój teść użyczał nam frezarki, potem w mojej piwnicy na Mokotowie, gdzie wcześniej był skład węgla, produkowaliśmy Ledony.

Dlaczego TWÓRCZYWO? 

Z: To też jest ciekawa historia. TWÓRCZYWO, bo coś tworzymy, chodziło o to, że robimy to z wielu rodzajów materii. Zajęło mi 10 min, aby wymyślić TWÓRCZYWO, po czym usłyszałem, że „Nieee! To nie brzmi dobrze.”. Uwierzyłem w to, że to nie brzmi dobrze i zacząłem szukać nowych rozwiązań, a poza tym wierzyłem w taką zasadę agencyjną, że jeżeli jest to Twój pierwszy pomysł, to pewnie będzie to pomysł 90% osób. Później żmudnie, przez 2 tygodnie, codziennie szukałem nazw. Wszystkie nazwy były zajęte, doszedłem do skraju. Wtedy w tej rozpaczy stwierdziłem, że TWÓRCZYWO będzie OK i tak zostało.

M: Tak, bo mieliśmy też taki ambitny plan, aby tworzyć z twórcami i spraszać różnych młodych artystów, których prace graficzne będą reprodukowane na różnych gadżetach. 

Z: Ten pomysł 10 lat temu był naprawdę nowatorski, ale świat nie był jeszcze na to gotowy. Później powstało kilka takich firm, które zajmują się takimi właśnie sprawami i zarabiają miliony także… wiedzcie, że to dzięki nam (śmiech).

Z: Któregoś dnia siedzieliśmy sobie z Mikołajem w kafejce i zastanawialiśmy się, co z tym naszym biznesem zrobić i w którą stronę pójść, jak coś zmienić, żeby to zaczęło lepiej działać i stwierdziliśmy, że postawimy wszystko na Ledon. 

piwnica Twórczywa

M: Konsultowaliśmy się z innymi ludźmi, którzy mówili nam, że to nigdy nie będzie działało, jeśli nie postawimy wszystkiego na jedną kartę. Na początku byliśmy bardzo do tego sceptycznie nastawieni, bo lubiliśmy te nasze wszystkie kafeleczki. Szok! Jak to robić tylko i wyłącznie jedną rzecz? Czy to ma sens? Im dłużej nad tym myśleliśmy, tym nabierało to większego sensu, kształtowali nas też nasi klienci, więc postanowiliśmy postawić na ten produkt.

Z: Ledon – słowo, które wymyśliłem i technologia była od a do z nasza i trochę też nie mieliśmy wiary w to, że nasz produkt obroni się.

M: Był taki moment, że napisy nieświecące (te ze sklejki i styroduru) miały się świetnie, aż przyszedł taki moment, gdzie ludzie byli przesyceni tą formą. Zaczęliśmy wtedy pracować nad naszą technologią, poszliśmy z tym produktem na targi i okazało się, że ludzie są zachwyceni naszym Ledonem. Dało to nam wiarę w ten produkt. 

pierwszy zewnętrzny Ledon

Z: Tak więc z wielkim zaangażowaniem i masą ciężkiej pracy zaczęliśmy produkować ten produkt, chodziliśmy też na każde możliwe targi, aby się pokazać, sprzedawaliśmy przez cały dzień, aby jakoś zaistnieć. Jak już wszystko zaczęło ładnie iść… wydarzył się pierwszy pożar! O 3 w nocy dostałem telefon od teścia, że cała hala stoi w ogniu. 

M: Cały trud, który włożyliśmy w urządzenie naszego miejsca pracy, wszystkie materiały, wszystko poszły na marne. 

Z: Generalnie nic z tej naszej hali nie zostało, a my zostaliśmy bez maszyny i środków na życie.

M: Tak, to była sytuacja, gdzie mieliśmy już złożone zamówienia, ale nie było z czego i jak ich wykonać i nikt nie mógł nam z tym tak naprawdę pomóc, bo była to nasza autorska technologia. Nie mogliśmy iść do budki obok i poprosić, żeby ktoś za nas to wykonał. Ale się nie poddaliśmy!

Z: Znaleźliśmy firmę reklamiarską, której z bólem serca musieliśmy zdradzić tajemnicę naszej pracy, która pomogła nam w realizacji złożonych już zamówień. Powoli zaczęliśmy szukać nowego miejsca.

M: Najgorsze było to, że nie mieliśmy na czym wycinać, to był moment takiej decyzji, czy zajmujemy się nadal chałturką, czy zaczynamy być normalną firmą, która zajmuje się tym wszystkim na poważnie z maszynami, lokalem, pracownikami itd. Zrobiliśmy ten krok, wzięliśmy kredyt na maszynę i postanowiliśmy poświęcić się tej firmie w pełni. 

Z: Znaleźliśmy nasz kąt, jak tylko opadł kurz to zaczęliśmy szukać pracowników.

Czy to był ten moment, w którym siedzieliście otoczeni pudłami kartonowymi, bo było tak zimno?

Z: (śmiech) Nie, to było jeszcze u teścia, ale rzeczywiście tak sytuacja miała miejsce. 

M: Wracając do historii, zatrudniliśmy pierwszych pracowników, niestety ledwo mieściliśmy się z wielką maszyną na 40 m2, dodatkowo mieliśmy bardzo grubiańskich sąsiadów, których mieliśmy serdecznie dość, którzy z resztą myśleli, że jesteśmy parą gejów ;))))

cały lokal zajmowała maszyna;)

Z: (śmiech) … zresztą wcale nie mieliśmy zamiaru ich z tego błędu wyprowadzać! W każdym razie, przybywało nam bardzo dużo fajnych, ciekawych zleceń, dochodziło do sytuacji, że realizowaliśmy projekty, które nie mieściły nam się na maszynie. Uskrzydlało nas to bardzo i nie poddawaliśmy się, natomiast napięcie między nami a sąsiadami było już w pewnym momencie tak ogromne, że nie byliśmy w stanie tam wytrzymać. Wtedy Miklosz znalazł super fajne miejsce…

M: To był właściwie strzał ostatniej szansy, bo wszędzie było “coś” – tu za drogo, tu nie tak, przejrzeliśmy milion ogłoszeń i mignęła mi oferta, która na pierwszy rzut oka się nie nadawała, ale finalnie okazała się idealną miejscówką dla nas. Znaleźliśmy halę w Michałowicach w dobrej cenie.

Z: Pamiętam jeszcze, jak wszystko przenosiliśmy w wielkim deszczu, jak wyciągaliśmy frezarkę przez okno, jak spadł na ulicę wózek widłowy i ile wnieśliśmy na własnych plecach.

M: Tak się zaczęła nowożytna historia TWÓRCZYWA. 

Z: Zamieszkaliśmy w Michałowicach, na powierzchni około 70 m, czyli tak naprawdę ¼ tego co mamy teraz. Wstawiliśmy maszynę, wygospodarowaliśmy miejsce na 3 pomieszczenia: biuro, składalnię i miejsce na maszynę. W międzyczasie rozmnożyła nam się trochę ekipa.

Dyrektor muruje

Czy to oznacza, że dopiero w tym momencie przestaliście sami składać Ledony? 

M: To był taki moment, że byliśmy we trójkę – Michał i ja oraz Piotrek, którego zatrudniliśmy jako pierwszego pracownika na stanowisko frezera i nagle zorientowaliśmy się, że nie mamy tyle rąk, aby poradzić sobie z takim ogromem zamówień. 

Z: Trochę obawialiśmy się, czy te nowo zatrudnione osoby będą w stanie sobie poradzić, czy będą na siebie zarabiać, bo wiadomo, że nikt nie zrobi tego tak dobrze jak my! 

M: Jednak podjęliśmy to ryzyko i udało się. My zajęliśmy się zarządzaniem, a robota „się” robiła.

pierwsze chwile w nowym biurze

Z: Tym samym doszliśmy do kolejnego kamienia milowego, którym było zatrudnienie Ani.

Tak, ja się pojawiłam, ale przede mną przyszedł do pracy Danny, który teraz jest kierownikiem pracowni.

Danny

Z: Tak, Danny przychodząc do nas powiedział, że daje nam jeden rok i tym sposobem jest u nas do dziś, chociaż minęło już grubo ponad dwa lata. Następnie zatrudniliśmy Natalię, która miała się zająć naszym Instagramem, bo my niestety kompletnie się na tym nie znamy i wszystko wychodziło nam bardzo nieudolnie.

On nie umie w hastagi w ogóle!

M: Na tyle też to się nam szybko rozwijało, że zaczęliśmy myśleć w ogóle o jakiś usługach zewnętrznych i całe to nasze przedsięwzięcie zaczęło być coraz bardziej profesjonalne. Zaczęliśmy od strony internetowej, później uruchomiliśmy social media.

Z: Wtedy właśnie zatrudniliśmy Natalie, która miała się u nas zajmować social mediami. Gdy już wszystko mieliśmy dopięte na ostatni guzik okazało się, że Natalia wyjeżdża do Stanów, co strasznie mnie zdenerwowało. Okazało się, że Natalia robiła ten biznes z Anią, która nagle się u nas pojawiła, z którą ciągle rozmawiałem przez telefon. To był przełom dla naszej firmy – pierwszy raz w historii nie mieliśmy spadku sprzedaży w okresie wakacyjnym. 

Ania

M: Kolejny kamień milowy pojawił się w momencie, w którym znów dostałem telefon, tym razem od właściciela budynku, który oznajmił mi zachrypniętym głosem, że znów wszystko nam się spaliło! Okazało się, że doszło do zwarcia w kupionym przez nas niedawno kompresorku – nowym ze sklepu, który wisiał w kuchni. On zaczął się palić, obudowa zaczęła ściekać jak olej, na szczęście pod źródłem ognia była rura, która zaczęła tryskać wodą i dzięki temu tak naprawdę to wszystko się na maksa nie spaliło. Zakład był makabrycznie zadymiony, ale na szczęście nie zajął się ogniem. Gdy tam weszliśmy, absolutnie wszystko było pokryte czarnym osadem, jakby ktoś pomalował czarnym sprayem. Jak się później okazało, ta sadza jest mocno żrąca, zawiera jakiś kwas, wiele rzeczy było do wyrzucenia a inne już nigdy nie były takie jak wcześniej. 

Z: Ale co nas nie zabije to nas wzmocni! Na szczęście tym razem byliśmy mądrzy i się zabezpieczyliśmy – mieliśmy dobre ubezpieczenie i dostaliśmy zwrot pieniędzy. Udało się uratować maszynę i część materiałów. Niestety musieliśmy tłumaczyć ludziom, że znowu się spaliliśmy i zamówienia będę wychodziły z opóźnieniem. 

M: Nasze biuro przeniosło się wtedy do pobliskiego McDonalda, na szczęście mieliśmy ogromne wsparcie ludzi, którzy byli dookoła nas. Poprosiliśmy zaprzyjaźnioną firmę – Streaming o pomoc w produkcji materiałów i dzięki temu udało nam się wyjść na prostą. 

Z: A zanim to się stało dołączyła do naszego działu sprzedaży Ania, która dźwignęła obsługę klienta na poziomie pro, więc to była bardzo pomocna dłoń, no ale cóż i tak wszystko się spaliło. (śmiech)

Ania

M: Mimo wszystko i tak przestawaliśmy się mieścić w poprzednim zakładzie, część osób musiała jeść na stojąco, więc tak czy siak stwierdziliśmy, że czas się zwijać. 

Z: A jaki jest lepszy moment na to, niż ten gdzie wszystko płonie? (śmiech) Także wyciągnęliśmy maszyny i przenieśliśmy się do miejsca, w którym jesteśmy. Obecnie pracujemy na 240 m2 i co chwilę musimy powiększać nasz stół w kuchni, bo przestajemy się mieścić. W naszym zakładzie pracuje teraz około 20 osób nie uwzględniając firm zewnętrznych, a wszystkich osób, które pracują dla TWÓRCZYWA jest około 30 i jakoś to działa.

M: Aż się przypomina taki case z prehistoii Twórczywa, gdy dostaliśmy od firmy Orange zalecenie na 100 sztuk Ledonów „Światłowód”, a my byliśmy we dwóch!

Z: Moi znajomi mięli taką grupę na fb, którą założyli w imieniu swoich nieletnich dzieci, które chciały uzbierać sobie pieniądze na wakacje. To byli licealiści, 2-3 klasa liceum. Zadzwoniłem do jednej z matek powiedzieć, że mamy takie zadanie. Trójkę zblazowanych licealistów posadziliśmy w tej hali, ja wykleiłem ten światłowód w 21 min i powiedziałem, że kto przebije dostanie premię. Oczywiście nikt nie pobił mojego czasu, ale zasuwali jak głupi (śmiech). 

M: I udało nam się, zrobiliśmy 100 światłowodów w 3 tygodnie za pomocą licealistów i słuchajcie, świecą do dziś! 

Dobra, to teraz szybka seria pytań od czapy… Najpierw Michał:


1. Jakbyś był ostatnią osobą na ziemi
Strasznie mi pobrzmiewa w głowie odpowiedź Tomka Pągowskiego na to pytanie, która była fantastyczna, zacytuję ją “ To by oznaczało, że coś przegapiłem.”. Byłyby to pożar, z którego bym się nie podniósł i byłoby mi bardzo źle samemu na świecie. Nawet nie miałbym się jak sam ze sobą rozmnożyć. 
2. Jakbyś nie był tym kim jesteś kim byś był…
Ja jak byłem mały chciałem być czyścicielem lamp, w sensie sygnalizacji świetlnej oraz bardzo chciałem być śmieciarzem. Ale prawda jest taka, że gdybym nie był tym kim jestem byłbym muzykiem, albo lektorem.
3. Co byś zrobił jakby nacierała na Ciebie horda zombie? 
Ja już dawno miałem to opracowane, tylko serial The walking dead nie miałby racji bytu, gdyby oni tam tak logicznie myśleli. Ja bym się tym trupem wysmarował cały.

4. Gdybyś musiał oddać wszystkie swoje rzeczy – jaka byłaby ostatnia, którą chciałbyś oddać?
Kurcze, wychodzi na to, że moja pompa insulinowa. Ja nie jestem bardzo przywiązany do rzeczy, motocykl jest rzeczą do której jestem przywiązany, ale też nie tak, żeby nie wiadomo jak ciężko mi byłoby się z nim rozstać.
5. Jedno życzenie do złotej rybki…
Ja bym sobie życzył, aby wszystko zmierzało w tę stronę,  w którą zmierza, bo wydaje mi się, że idzie w dobrą. Takie jest moje życzenie.

Proszę, teraz ty Mikołaj!


1. Jakbyś był ostatnią osobą na ziemi
Pewnie do mnie by to dotarło dopiero po pół roku, bo ja nie mam problemu z samotnością. Ostatnio nie było Michała i Ania mówi “Miklosz, chodź z nami posiedzieć co Ty tu będziesz siedział sam, będzie fajnie”. Powiedziałem, że potrzebuję chwili i już idę. No i zająłem się pracą, dzień minął, zapomniałem.(śmiech).
2. Jakbyś nie był tym kim jesteś kim byś był…
Od dziecka chciałem zostać muzykiem, tylko problem jest w tym, że nie mam ani słuchu, ani głosu 😉
3. Co byś zrobił jakby nacierała na Ciebie horda zombie? 
Nie wiem, mnie się podoba idea twierdzy tylko pod warunkiem, że tam nie byłoby debili. To wymaga dyscypliny.

4. Gdybyś musiał oddać wszystkie swoje rzeczy – jaka byłaby ostatnia, którą chciałbyś oddać?
Myślę o tym, myślę i właściwie nie ma takiej rzeczy, bo ja się nie przywiązuje do rzeczy. Już bardziej do miejsc, ale ciężko byłoby je zabrać. Gdybym miał oddać mój dom na wsi, mój ogródek, to rzeczywiście byłoby to dla mnie bardzo ciężkie.
5. Jedno życzenie do złotej rybki…
Aby wszyscy byli szczęśliwi. Tak, to trochę banalne, ale tak. Powiedzmy, żeby przynajmniej nie cierpieli, choć to nie to samo co szczęście.

Z: I tu właśnie się z Mikloszem uzupełniamy, ja zwracam większą uwagę, na ludzi, on na rzeczy. Często jest tak, że dzwonię do niego i pytam gdzie coś zostawiłem w biurze lub nawet u siebie w domu (śmiech). On zawsze wie!

M: Tak to prawda.

Rozmowę przeprowadziła Anna Domińska, dzięki!

zdjęcia: Natalia Rybakowska