Rozmowa z Maćkiem Leonardem Żybulą, właścicielem firmy Bees&Honey

Świat jest jeszcze mniejszy niż komukolwiek może się wydawać. Potwierdza to Maciek Żybula i łącząca go z nami gęsta sieć powiązań. Maciek był równolegle naszym znajomym, przyjacielem, potem klientem, a teraz jeszcze zleceniobiorcą. Pełny barter towarzysko-zawodowy. My znamy go nie od dziś, ale Wy być może nie, a szkoda byłoby go nie poznać, bo to wielce ciekawa persona jest – pełna uroku, charyzmy i energii, a do tego pracowita i zdolna. Z takimi lubimy pracować i takich jak Maciek chcemy Wam pokazywać: Oto on!

Czy Ty nie miałeś w planach zostać prawnikiem?

Maciek: Co ja Ci mam powiedzieć?  U mnie było tak, że dość długo się kształtowało kim ja w ogóle jestem, co ja mogę. Już na poziomie liceum wiedziałam, że jestem bardziej humanistą niż umysłem inżynierskim, ale w ramach poszukiwania siebie w warszawskim liceum Fredro trafiłem do klasy o profilu humanistyczno-teatralnym. Większość moich przyjaciół zdawała na prawo, takim owczym pędem.  Też chciałem spróbować swoich sił, to był dobry pomysł na tamten czas. Czy ja chciałem być prawnikiem? Chyba nigdy nie chciałem, ale wydawało mi się, że to jest taki najporządniejszy, najbardziej konkretny z zawodów humanistycznych, który zawsze się przyda.

Takie pragmatyczne podejście w ogóle do Ciebie nie pasuje…

Maciek: Ja sobie to wyobrażałem jako scenę, czyli jak w filmie amerykańskim, gdzie jest sala sądowa, a adwokat krzyczy: “Nie skazujcie go! On nie jest winny!”.  Myślałem o tym, że to są wystąpienia publiczne, stawianie za wartościami i bronienie ludzi w słusznej sprawie.

I skończyłeś prawo?

Maciek: Tak, ale po drugim roku już wiedziałam, że nie będę tego robił, ale nie wiedziałem co bym chciał. Na studiach zacząłem grać w Piwnicy pod Harendą, bo zacząłem jako dziecko w teatrze ZygZak. Później był teatr Dwa Słowa, gdzie poznałem Grześka Reszkę, mojego późniejszego reżysera w Kompanii Teatralnej Mamro, z którą byłem związany 15 lat. Zrobiliśmy kilka ważnych premier. Po tym jak urodziło mi się dziecko skończyłem przygodę z teatrem, bo nie starczyło mi czasu. Doszedłem do wniosku, że trzeba się zdecydować – nie da się robić wielu rzeczy równocześnie. Dotarłem do takiego miejsca, gdzie wiedziałem, że dalej nie pójdę, musiałbym wtedy zdecydować. Doszedłem do wniosku, że reklama jest moją drogą. To też jest o występowaniu, tworzeniu, postaci, ról, idei, kreacji różnych.

A co się działo w między czasie?

Maciek: Miałem busa, bo mój tata zawsze miał busy i jeździliśmy na wakacje rodziną busami, po całej Europie. Gdy zacząłem grać w teatrze, to zacząłem go wykorzystywać – bo trzeba było przewieźć ekipę, sprzęt. Najpierw robiłem to w ramach pomocy, a później złapałem kilka zleceń. W związku z tym, że miałem znajomych wokalistów, muzyków i okazało się, że Żyb ma Żubusa, założyłem Żybusy.pl i to była firma transportowa – na zasadzie przewozu ludzi, sprzętu, stawiania scen. Firma się rozrosła, woziliśmy Agnieszkę Włodarczyk, Vini Band, In-Grid, Anię Karwan i innych.
Zawsze chciałem prowadzić swój biznes, chciałem być wolny. A że wykłady na prawie były nieobowiązkowe, to jako student 3 roku prawa cieszyłem się, że mogłem zarobić kilka stówek na jednym transporcie. Po 4 roku uznałem, że robienie aplikacji nie jest dla mnie. Wiedziałem, że prawo łączy się z kulturą i sztuką. Wyszło mi, że ciekawi mnie prawo autorskie. W Katedrze Prawa Działalności Gospodarczej napisałem pracę o teatrze prywatnym, bo w tym czasie chciałem otworzyć taki teatr. To była pierwsza taka praca naukowa, nikt o tym nie pisał w aspekcie administracyjnym, bo takich teatrów wtedy w Polsce nie było zbyt wiele. Po wyróżnionej pracy magisterskiej poszedłem na SGH i dostałem się na studia podyplomowe menedżerów kultury. Wtedy już pracowałem w agencjach marketingowych…

I to się zaczęło od Twoich Żybusów?

Maciek: Wszystko zaczęło się rozkręcać od poleceń znajomo-przyjacielskich. Zawsze miałem łatwość szybkiego działania, nawiązywania kontaktu z ludźmi, ogarniania chaosu i budowania, a do tego dużo przyjaciół i dobrych ludzi wokół siebie. Tak to się potoczyło. Po SGH wróciłem na UW na studia podyplomowe “Prawo autorskie i własność intelektualna”, które skończyłem, ale się nie obroniłem. Żybusy działały, teatr grał a w 2010 roku dostałem się do testowego projektu, w którym pracowałem przy kampanii dla Telekomunikacji Polskiej z uruchomieniem kampanii Serca i Rozumu. Wiązało się to z prowadzeniem projektu na Facebooku o tych ambasadorach marki. Ruszyliśmy w 3 miesięczną podróż z Panem Serce.

Miałeś jakieś przygotowanie czy robiłeś to intuicyjnie?

Maciek: Poszedłem na casting i zacząłem robotę, nie do końca wiedzieliśmy jak to będzie wyglądać. Wtedy Facebook dopiero wchodził do Polski. Serce i Rozum zaczęli się rozkręcać, jeździliśmy busem po całej Polsce i budowaliśmy content. Fanpage urósł do 1 mln fanów. Zrobiliśmy aplikację. Klient zobaczył, że mamy dobre pomysły, powierzono nam coraz więcej zadań.

Wtedy postanowiłeś założyć własną firmę?

Maciek: Tak, powstał Social Art, który wpisywał się w trend rewolucji social mediów. O reklamie za dużo wtedy nie wiedziałem, ale szybko się uczyłem. 

To jak początki Twórczywa, chłopcy też robili wszystko sami, w piwnicy, garażu. Później doszli do wniosku, że nie dadzą wszystkiego zrobić sami i to w każdej firmie jest bardzo ciekawy moment. Jak było u Ciebie?

Maciek: Mi pomagała dzisiejsza żona, Karolina i kilku przyjaciół – zaprzyjaźniony grafik, reżyser, który robił podwaliny kreacji. Ja zajmowałem się głównie kontaktem z klientem i strategią. Karolina była ogarniaczką managerską i copywriterką. Zobaczyliśmy, że dzięki Sercu i Rozumowi w portfolio, łatwiej nam zdobywać dużych klientów. Za bardzo nikt nie wiedział, jak zajmować się Facebookiem, ale wiadomo było, że trzeba. Dostaliśmy sporo zapytań z Pumy, Bolsa, Stocka. Wynajęliśmy piwnicę w biurze na Genewskiej, teraz mamy już 4 piętra. Dziś jest nas ok. 30 osób, z przyległościami nawet 50. 

Zajmowaliście się wyłącznie social mediami, a jak jest teraz?

Maciek: Robimy już nie tylko social media, ale też całe kampanie digital i kampanie zintegrowane, 360. Sami klienci zaczęli potrzebować od nas więcej, np. sesji zdjęciowej, nagrania filmu. Mniejsza agencja ma to do siebie, że jest uważna, nie trzyma schematu, jest ciekawska, więc otwiera różne drzwi, a klienci to lubią. Duże firmy nie zrobią różnych rzeczy, jak nie ma odpowiedniej umowy. A my robiliśmy to, co czuliśmy – a dobre pomysły się obronią. 

Niedawno przeprowadziliście w firmie sporą rewolucję

Maciek: Przez ostatnie 2 lata przygotowaliśmy rebranding, bo firma się rozrosła, Social Art to była marka social mediowa, a nie agencja reklamowa.  Po 10 latach mieliśmy dużo przemyśleń i większą wiedzę o reklamie. Powstało Bees and Honey. Wierzę w naturalność procesu i stąd to porównanie do pszczół – bo to jak one pracują i jak pracuje reklama jest wbrew pozorom bardzo podobne. Pszczoły robią miód dla siebie i my też reklamy robimy dla własnej satysfakcji. Do pszczół przychodzi pszczelarz, a do nas klient, który zabiera efekt pracy pszczół, lub reklamy, czyli te plastry miodu, Pakuje je w ładne opakowania i sprzedaje dalej na rynek, czyli do klienta. Pracujemy dla siebie, dla pszczelarza i dla rynku. Miodem reklamy jest kreacja, czyli ta wizualizacja pomysłów, które można odbierać zmysłami. Bees and honey means money! Miód to płynne złoto, a reklama jest o pieniądzach, bo pomaga zarabiać.

My się dowiedzieliśmy, że jesteście Pszczołami ponieważ zrobiliśmy dla Was Ledon, który będzie ilustracją naszej rozmowy.  A wracając do pracy pamiętasz jakiś szalony albo nietypowy projekt?

Maciek: Jeden z naszych bardziej nietypowych klientów, a jednocześnie jeden z pierwszych to bluesowy zespół Daddy’s Cash, band ojca z dwoma synami. Pochodzili z Zakopanego, mieszkali w Ameryce i nagrywali płytę m.in. z Johnnem Lee Hookerem Jr.  Wyobraż sobie, że “góral” ściągnął do Zakopanego wielkiego, czarnoskórego bluesmena. Robiliśmy im sesje, teledyski, koncerty, gadżety. Nagrali jeszcze płytę z Pati Smith.

A Ty poza byciem szefem, czym dokładnie się zajmujesz?

Maciek: Nie myślę o tym, że jestem szefem. Naszym szefem jest klient. Wprowadzamy w firmie  turkusowe zarządzanie i chcemy być turkusową organizacją.

Powiedz o tym coś więcej

Maciek: To jest o odpowiedzialności, zaufaniu, samoorganizacji i transparentności. W związku z tym firma jest nas wszystkich i decydują Ci którzy wiedzą, a reszta ma do nich zaufanie. To jest taki powrót do naturalności procesu, to takie wolnościowe, nieskrępowane podejście. U pszczół też tak jest – każda wie co ma robić i wszystkie działają razem. Chodzi o to, żeby decyzję w firmie mógł podjąć każdy i nie tylko wąsko w swojej specjalizacji, tylko żeby każdy mógł zobaczyć wszystko. W związku z tym otwieramy kompletnie finanse w firmie, żeby każdy miał dostęp do wszystkich informacji finansowych – jaki jest zysk firmy, jaki jest zysk danego projektu, na czym zarabiamy, albo nie, ile czasu to zajmuje. Każdy kto widzi, że jest coś do poprawy jest zobowiązany to poprawić. Wszystko się kręci wokół klienta. Ludzie pracują kiedy chcą, skąd chcą pracować. O tym decyduje klient i jego dobro. Każdy najlepiej zarządza swoim czasem. Ja najlepiej zarządzam swoim czasem, ty najlepiej swoim, a Bogdan najlepiej zarządza czasem Bogdana. Dlaczego mu organizować ten czas, skoro on wie co ma zrobić, to niech on sam sobie tym zarządzi. Czasem trzeba tylko pomóc i poszukać wspólnie rozwiązań.

Nie miewacie takiego momentu chaosu kiedy należałoby tupnąć nogą?

Maciek: Raczej nie, bo u nas jasno przypisane są role do każdego procesu i projektu. Każdy projekt ma lidera, ta osoba niesie to pierwszeństwo klienta. Jeśli zdarza się chaos lub konflikty staramy się rozmawiać ze sobą otwarcie i poszukiwać rozwiązań. Chcemy nie bać się w pracy:)

Ale taka wolność chyba nie jest dobra dla wszystkich?

Maciek: To jest dla odpowiedzialnych ludzi, którzy lubią wiedzieć i mieć sprawstwo, którzy się nie boją, są bardziej otwarci. Parę osób z firmy przez to odeszło, bo nie chciało tego wiedzieć, nie chciało decydować o pieniądzach. Ważne żeby ludzie podejmując decyzje mieli jak najszerszą wiedzę. To jest model o współtworzeniu i korzystaniu z wiedzy całej organizacji. Uważamy, że co dwie głowy to nie jedna. To nie jest tak, że ja mam odpowiedzi na wszystko – gdy jest trudny temat to wnosimy go na forum i dyskutujemy. To też jest tak, że decydują Ci którzy wiedzą, to znaczy, że jak ktoś czuje, że wie jak rozwiązać jakiś problem i powie o tym wszystkim innym, to reszta mu na to pozwala.

A kto go oceni, że miał rację?

Maciek: Zespół. Jesteśmy nastawieni na to, że popełniamy błędy i obiecaliśmy sobie, że nie będziemy się za to karać. Chodzi o to, żeby nie było tak, że przez strach nikt o nich nic nie powie. Mamy nawet specjalne miejsce do dzielenia się nimi,  gdzie bardzo szczegółowo opisujemy kto popełnił błąd, w jaki sposób, jakie były konsekwencje i co chcemy zrobić w przyszłości, żeby tego nie było. W związku z tym ja nie jestem szefem, postrzegam siebie jako wsparcie. Biorę udział w pozyskiwaniu klientów, moje główne zadanie to funkcja reprezentacyjna, ale każdy może być u nas twarzą firmy. Chcemy tworzyć kulturę wiedzy, każdy kto czuje, że coś fajnego zrobił może się dzielić tym z rynkiem. Na naszym profilu na Facebooku mamy ponad 30 tysięcy fanów i jest to jedna z większych społeczności reklamy. Staramy się trzymać poziom. 

A powiesz coś więcej o turkusowym zarządzaniu? Skąd się wzięła ta idea? Czy dużo jest takich firm w Polsce?

Maciek: To jest cały czas coś bardzo nowego, to może brzmieć jak ideologia, ale to nie jest porąbane i niebiznesowe. Wszystkie firmy, które zaczęły to wprowadzać mają jeszcze lepsze wyniki. Aldi jest taką firmą, która działa turkusowo, ale przykładów jest dużo więcej. Idea pojawiła się w książce Frederica Laloux Pracować inaczej, pod koniec lat 70-tych w Belgii. Od tego się zaczęło. Są rożne kolory zarządzania, czerwony to armia, bursztynowy to kościół, pomarańczowy korporacje, a turkus jest wyższym poziomem świadomości ludzi, współtworzenia. To jest powrót do wartości, że ludzie są dobrzy i pracowici. 

W którym momencie stwierdziliście, że chcecie to wdrożyć?

Maciek: Ja zawsze tak myślałem, bardzo wolnościowo. Zawsze zależało mi żeby to zespół tworzył firmę, żeby się czuł odpowiedzialny i żeby firma była nasza, wspólna.

My też myślimy tak o Twórczywie, ale czasami to przynosi rozczarowanie. Bo chcesz, żeby wszyscy myśleli tak jak ty, a nie zawsze tak jest

Maciek: Zawodów mieliśmy bardzo dużo, ale powiedzieliśmy sobie, że najważniejsza wartość to jest to, żeby być w zgodzie ze sobą. Zaczęliśmy się uczyć i zrozumieliśmy o co nam tak naprawdę chodziło. Ten system mówi o ogromnej transparencji, więc nie ma tajemnic, chodzi o to, żeby ludzie nie bali się zapytać o wszystko i żeby dostali odpowiedź na każde pytanie o, na ile sami znamy tą odpowiedź. I to bardzo wiele zmieniło. Kiedy ludzie zaczęli uczestniczyć w wygranych. Moment,  w którym ze wszystkimi zaczęliśmy rozmawiać bardzo otwarcie. Chodzi o to aby każda osoba w firmie partycypowała w wynagrodzeniu od klienta, jak mamy więcej jako firma, to każdy z nas ma więcej. Razem tworzymy krąg bezpieczeństwa. Nie ma takich agencji reklamowych w Polsce, które się dzielą zyskiem z tego co wiem.

A czy to nie zmniejszyło Waszych wynagrodzeń jako właścicieli?

Maciek: Akurat w tym roku zrezygnowaliśmy z wynagrodzeń, ja i Karolina, bo przez COVID straciliśmy sporo klientów, więc nie było takiej możliwości. A nie chcieliśmy zwalniać ludzi. Na poziomie motywacji i myślenia o firmie to bardzo dużo się zmieniło i codziennie nad tym pracujemy, żeby utrzymywać tą wiedzę, transparencję, żeby ludzie byli zaangażowani. To nie jest tak, że to jest dane raz, tak powiesz i tak jest, ale to jest kierunek dążenia. Jest bardzo w zgodzie z nami i to robimy.

A w międzyczasie nasze ulubione PYTANIA OD CZAPY, które zadajemy wszystkim gościom Magazynu Osobowości:


1. Jakbyś był ostatnią osobą na ziemi
Myślę, że bym zrobił dobrą imprezę, rozpaliłbym wielkie ognisko, patrzyłbym jak przyroda i cisza współgra z jakąś muzą. Pewnie bym odstawił jakiś dziwny taniec.
2. Jakbyś nie był tym kim jesteś kim byś był…
Nie wiem… lubię być sobą. Może bym bardziej myślał o aktorstwie? Whoopi Goldberg mi przyszła do głowy, ona jest zajebista :
3. Co byś zrobił jakby nacierała na Ciebie horda zombie? 
Wooow, pewnie bym zaczął obudowywać jakąś twierdzę i zbierać ludzi, którzy przeżyli i zacząłbym się bronić

4. Gdybyś musiał oddać wszystkie swoje rzeczy – jaka byłaby ostatnia, którą chciałbyś oddać?
komputer, z Internetem..  Latałbym na golasa z telefonem 🙂
5. Jedno życzenie do złotej rybki…
To byłoby coś związanego ze szczęściem, ale takim szczęściem dla wszystkich, żeby ludzie odnaleźli swoje spełnienie i dobrze współistnieli ze sobą. Lubię być szczęśliwym i to jedna z najważniejszych wartości w życiu. Ludzie szczęśliwi robią fajne rzeczy i wtedy jest dobrze.

Na koniec powiedz mi jeszcze na co znajdujesz czas kiedy kończysz zbieranie miodu i pracę w ulu?

Maciek: Moje dziewczyny są dla mnie najważniejsze (żona i córka). Jestem towarzyski i przyjacielski, więc przyjaciele są bardzo ważni. Ostatnio jak zacząłem mieć problemy z tarczycą to zacząłem biegać.

O to też chciałam zapytać bo wkręciliście się w firmowe bieganie i akcję Firma Przyjazna Bieganiu? O co w tym wszystkim chodzi i czy pszczoły to dobrzy biegacze? 

Maciek: Ktokolwiek chce biegać w firmowych barwach to może, ja przebiegłem w tym roku dwa maratony z całkiem niezłym czasem. Chciałbym biegać w różnych fajnych miejscach na świecie. Mam plan, żeby przebiec najfajniejsze maratony, Rzym na wiosnę, myślę o Tokio. Bieganie jest bardzo dobre, bo układa wszystko w głowie, daje zdrowie, jest naturalne i też jest o zdobywaniu dalekosiężnych celów.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

Rozmowę przeprowadziła Anna Domińska, a zdjęciami zilustrowała Natalia Kontraktewicz.