01/2019
Nat Kontraktewicz

Uwielbiacie występy Klancyka i zastanawialiście się kiedyś, czy możecie stanąć na scenie spontanicznie wymyślając swoje wypowiedzi? O tym czym różni się aktorstwo od improwizacji, ile jest nas samych w improwizacji i dlaczego ludzie przychodzą do szkoły improwizowania opowiada Maciej Buchwald, całkiem zabawny człowiek, z którym przeprowadziliśmy całkiem poważną rozmowę. Jego występy i nasz ledon zobaczycie w Resorcie Komedii na ul. Bielańskiej w Warszawie.

Kim jesteś i co robisz na Ziemi?

Maciek Buchwald. Co robię na Ziemi? Nie wiem. A zajmuję się reżyserią filmową oraz improwizacją, szeroko rozumianą komedią na scenie.

Jak wyglądała Twoja droga od występów dla garstki osób do momentu, kiedy sala jest wypełniona po brzegi?

Pomijając robienie teatrzyków jako dziecko, to zdawałem na aktorstwo dwa razy i dwa razy się nie dostałem, z czego się cieszę, bo nie byłby to dla mnie dobry zawód. Kiedy trochę mnie załamała ta porażka na egzaminach koleżanka zachęciła mnie, żebym poszedł na warsztaty improwizacji, na które nie chciałem iść, bo spodziewałem się teatralnych zajęć i nie chciałem mieć więcej rozczarowań. Okazało to czymś zupełnie innym, a prowadził je Michał Sufin, czyli można powiedzieć założyciel Klancyka, który niedawno, po 12 latach odszedł z grupy. Wydawało mi się to trochę dziwne, trochę fajne. Na koniec zajęć przeprowadzona została gra „wywiad z reżyserem”, ja wcieliłem się w rolę reżysera, a reszta odgrywała sceny z jego filmu. To też śmieszne, ze skecz ten był o reżyserze – kim jestem teraz. Wyszło mi to całkiem zabawnie. Michał wraz ze swoją ówczesną dziewczyną, Magdą Staroszczyk, wieloletnią improwizatorką Klancyka, zaproponowali abyśmy ćwiczyli razem improwizację.

Występowaliśmy wtedy za darmo w klubokawiarni Rio. Odkryłem, że to może być zawodem i że to jest coś organicznie mojego, coś co na mnie czekało. Całe życie robiłem to spontanicznie, wymyślałem postacie, wcielałem się w role, zabawiałem ludzi na przykład na rodzinnych spotkaniach. To też otworzyło mnie na inne dziedziny życia. Po tym jak zacząłem uprawiać improwizację zdobyłem się na odwagę, by stworzyć własny film. Wszystko się rozkręciło, występowaliśmy coraz częściej, dla ludzi to było coś nowego. Dziś mamy dwie sceny, czyli Klub Komediowy i Resort Komedii, oraz Szkołę Impro, która ma wielu kursantów – wszystkie te rzeczy prowadzą ludzie z Klancyka.

Zdradzisz nam kulisy powstawania nowego klubu improwizacji w Warszawie, czyli Resortu Komedii?

To naturalny rozwój. W Klancyku jesteśmy razem 12 lat, co nie jest łatwe, wręcz to duży sukces, by nadal chcieć pracować ze sobą po tylu latach. Nie ma nic złego w tym, że mamy różne spojrzenia na sztukę, którą uprawiamy, co innego nas interesuje i na przykład w Klubie pojawia się teraz więcej występów pisanych, ma on inny profil, formę bardziej barowo-kabaretową w pozytywnym znaczeniu.

Część składu poczuła potrzebę posiadania nowego miejsca, które jest mniej mieszczańskie, bardziej anarchistyczne, offowe. Ja występuję i tu i tu, w Klubie mam solowy występ oraz duet z Bartkiem Młynarskim, występuję też z Klancykiem. To się nie wyklucza. Jesteśmy dużym miastem, stand-up czy improwizacja prężnie się rozwijają i jest tu miejsce dla dwóch, jak nie więcej scen.

Wspomniałeś o szkole improwizacji, wygląda na to, że grupy komediowe rosną w siłę!

Tak, tak jak kiedyś zaczynaliśmy sami tak teraz mamy tych grup już koło setki. Są to oczywiście różne poziomy, różne widownie. Wiele osób jest rekrutowanych właśnie z naszej szkoły. Sami wykładowcy zmontowali wiele mniejszych grup, są Muzyczne Chwile z Maćkiem i Krzyśkiem, w których ja jestem, z Pawłem i Krzyśkiem mamy we trójkę Tajemnice, itd. W sumie ludzie z samego Klancyka stworzyli 7 innych grup. A w Szkole uczą jeszcze przecież improwizatorzy z innych grup, np. Marta Iwaszkiewicz, Aleksandra Markowska i Joanna Pawluśkiewicz z Hurtu Luster czy Agnieszka Matan i Piotr Gasik z Hulaja. Niekoniecznie trzeba chodzić do Szkoły Impro, żeby występować. Są ludzie, którzy chcą zyskać trochę asertywności, rozbudować wyobraźnię, nauczyć się pracować w grupie, przełamać bariery emocjonalne czy społeczne. Szkoła ma cykliczne wieczory w Resorcie, gdzie każdy uczeń może wyjść na scenę. Nie wszyscy chcą, nie wszyscy będą umieć na pewnym poziomie zaawansowania wystąpić pół-profesjonalnie, ale jest na to przestrzeń. Sami uczniowie dobierają się w grupy i w ten sposób dalej się rozwijają.

A czy improwizować może każdy? Nawet control freak?

Tak, i może właśnie tej manii pozbyć się oddając kontrolę partnerowi na scenie. Teoretycznie powinienem głosić, że każdy może tak samo improwizować. Nie do końca tak uważam, bo wiadomo, że talent czy erudycja sprawią, że ktoś będzie wypowiadał się ciekawiej. Na pewno każdy może się tego nauczyć, ponieważ to jest technika, która korzysta z tego co mamy w sobie, ale o tym nie wiemy. Przez blokady, strach, kompleksy nie pozwalamy, by nasz mózg pracował tak szybko. To, jakiej jakości będzie komedia, będzie zależało od poczucia humoru tej osoby. To też z kolei można sobie wyrobić, bo jak np. pisze się grafomańskie wiersze, a czyta się dużo dobrej poezji i ćwiczy, to można stać się lepszym. Tak samo można rozwijać się w komedii, znam wiele osób, które zaczynając były przeciętne a teraz są świetne. Trzeba pamiętać, że improwizacja ma swoją formę. Niektórzy podchodzą do tej nauki jak do terapii, ponieważ pracujemy na emocjach, przełamujemy bariery. Ale improwizacja nie naprawi nas, może natomiast otworzyć na to co nowe, pokaże, że możesz więcej niż ci się wydaje.

W szkole zatem ocieracie się o elementy psychologii czy jednak jest w tym więcej aktorstwa?

Improwizacja nie jest typowym aktorstwem. W tej formie grzebiemy mocno w swoich emocjach, uczymy się je wykorzystywać, a w improwizacji mamy kilka nurtów, np. szybkie impro – cyrkowe, krótkie, skeczowe, a slow jest z kolei bardziej realistyczne, oparte na relacjach, uczymy się być wiarygodni psychologicznie, a żeby takim być bierzemy to z siebie. Nie jest to psychodrama, ale żyjemy w czasach, gdzie komedia czerpie ze smutku, terapii, traum, rozstań, problemów z rodzicami. Amerykańskie seriale komediowe, od animowanych jak np. Bojack Horseman przez fabularne, opierają się nie na humorze slapstickowym, ale na mrocznym humorze w sensie terapeutycznym, na zasadzie oswajania trudnych tematów.

Impro mocno gra na relacjach międzyludzkich. Co to znaczy improwizować?

To znaczy, że nie zasłaniamy się cudzym tekstem, nie mamy Szekspira, którego interpretujemy, tylko to wychodzi z nas w sposób, którego czasem nie kontrolujemy. Nie chodzi o to, że ludzie wyznają coś, czego się wstydzą albo wyznają nagle że chcą mordować ludzi, ale mówią szczerze, prawdziwie. Tu się właśnie pojawia ta psychologia, gdy przekraczamy siebie, uwalniamy coś w sobie. Mimo, że improwizacja nie jest teatrem dramatycznym, to może lepiej pomaga w odkrywaniu siebie, bo nigdy nie wchodzimy głęboko w postać i nie jest to warsztat typowo aktorski, zawsze gramy pół-prywatnie. Najlepsze, najbardziej wiarygodne występy to te, gdy nie chowamy się za postacią, a gdy operujemy swoją autentycznością czy wrażliwością.

Czy są techniki i zasady jak być zabawnym?

Są zasady improwizacji, pierwsza z nich mówi „nie staraj się być śmiesznym”. Poczucie humoru w moim odczuciu opiera się na wdzięku, a wdzięk jest czymś niewymuszonym. Nie można być śmiesznym na siłę, bo to będzie nieznośne. Przestrzegając zasad improwizacji staniemy się bardziej zabawni. Nie chodzi o konstruowanie żartu, a np. współgranie z drugą osobą, słuchanie jej pomysłu i dawanie jej komfortu na scenie. A przede wszystkim akceptacja, czyli wystarczy nie negować tego co ona wymyśliła (np. odpowiadając „weź, co ty wygadujesz”), tylko dalej w to brnąć, dokładać kolejne klocki. Ludzie mają skłonność do kłócenia się, mówienia „nie”, bo taki jest nasz mechanizm obronny przy zdenerwowaniu. A to, wiadomo, do niczego nie prowadzi, nie jest atrakcyjne dla widowni. Wchodząc wspólnie w jeden temat czujemy się raźniej i właśnie na takiej pracy zespołowej opiera się improwizacja. W takim sensie jest ona świetna życiowo, bo lepiej żyć w zgodzie niż w konflikcie.

Jakbyś był ostatnią osobą na ziemi…

– To bym na spokojnie po niej podróżował i doświadczał jej piękna bez turystycznego tłoku.

Jakbyś nie był tym kim jesteś kim byś był..

– Takim dmuchanym ludzikiem ze stojącymi włosami.

Co byś zrobił jakby nacierała na Ciebie horda zombie?

– Udawałbym jednego z nich i biegł razem z nimi.

Gdybyś musiał oddać wszystkie swoje rzeczy – jaka byłaby ostatnia, którą chciałbyś oddać?

– Obrączka.

Jedno życzenia do złotej rybki…

– Chciałbym żeby moi bliscy byli szczęśliwi.

A wracając do bycia zabawnym – trenuje się obecność na scenie, wyciągamy wnioski co działa, co nie, ale nie uczymy się bycia śmiesznym. Są drobne szczegóły, zasady, które przyjęte są za sprawdzone. Na przykład liczba 3 jest liczbą komedii. Jeżeli wymieniamy najgorsze rodzaje poranków, to dobrze jak są trzy. A jak więcej to lepiej 5 niż 4. Nie wiem dokładnie dlaczego to działa, jest to matematyczno-biologiczne, intuicyjne. Komedia jednak nie jest matematyką, nawet jeśli zauważymy schematy, takie jak na przykład zestawianie w dialogu bardzo długiego pytania z bardzo krótką odpowiedzią. Ogólnie kontrastowe postacie – np. jedna rozkrzyczana, druga spokojna – to sztandarowa kombinacja bohaterów w wielu znanych komediach filmowych, np. w Zabójczej Broni. Ale ja raczej stoję na stanowisku, że jak w każdej sztuce, również w sztuce komedii, schematy stanowią jedynie punkt wyjścia do własnego autorskiego tworzenia, a nie klucz do rzemiosła.

Kilka lat temu Klancyk wystąpił w Chicago. Czy improwizowanie w obcym języku było dla Was w jakiś sposób odmienne? Z tego obserwuję, nasze wypowiedzi w języku innym niż natywny są bardziej lakoniczne.

Tak, byliśmy nie tylko w Chicago, ale i Nowym Jorku, Austin czy Paryżu. Klancyk jest bardziej grupą językową niż fizyczną, głównie stoimy i rozmawiamy, nie ruszamy się zjawiskowo. Język jest naszą mocną stroną, wymyślamy dziwne, ciekawe, abstrakcyjne konstrukcje czy neologizmy. Gdy go tracimy – mówimy w innym języku – wychodzą nam inne rzeczy. I tak jak wspomniałaś ograniczamy się, więc idziemy do sedna. Nasze spektakle są bardziej fabularne, bo przechodzimy do meritum, popychamy akcję do przodu, a nie wchodzimy w fantazyjne monologi, które po polsku byłyby ciekawe językowo. Komunikuje się to z publicznością amerykańską, byliśmy w stanie ich rozbawić. Okazuje się, że poczucie humoru jest na tyle uniwersalne, że nie było problemu różnic kulturowych. Z różnic, ich improwizacja bywa często bardziej sit-comowa, a my dla nich byliśmy ciekawsi, bo bardziej teatralni.

Będziecie tam jeszcze wracać?

Tak, chcielibyśmy. Jest coś fantastycznego w tym, że wchodzisz na scenę Second City w Chicago, czyli w legendarnym teatrze dla sceny komediowej i myślisz sobie, że 12 lat temu grałeś dla 2 osób za darmo. Na tych festiwalach nie zarabiamy ani nie wygrywamy niczego, więc jedyną motywacją jest sama obecność. Satysfakcja płynie z uczestniczenia w takich festiwalach na równi z grupami amerykańskimi. Stempel z ojczyzny improwizacji to dowód, że robimy to dobrze.

W Twoim filmie „Szczęście” dużą rolę gra ironiczny zbieg okoliczności. Historia jest zainspirowana prawdziwą, czy to Twoja wizja jak życie może płatać nam figle?

Za dużo jest tam nieprawdopodobnych rzeczy, aby to była prawdziwa historia. Chciałem przede wszystkim, aby ten film był atrakcyjny dla widza, aby dużo się działo, ponieważ był to projekt dyplomowy na ostatnim roku w szkole, w której łatwo wpaść w tworzenie smutnych, nieciekawych opowieści.

Pierwsza scena, którą napisałem to był speed-dating, który się zamienia w orgię, co jest absurdem i nie wydaje mi się, aby się coś takiego gdziekolwiek wydarzyło. Reszta się dopełniła, mamy miłość na speed datingu, spokój na terapii, sukces na coachingu – trzy składowe elementy tytułowego „Szczęścia”, każdy realizowany przez jakiś rodzaj skrótu. Chciałem aby wszystkie te sytuacje się wypaczyły, zamieniły w swoją karykaturę, budowałem to dramaturgicznie. Jedyna kwestia zaczerpnięta z życia to właśnie ta pierwsza scena a właściwie jej początek. Robiłem wcześniej dokument o speed-datingu, więc widziałem rozmowy typu „co robisz w wolnym czasie?”.

Jakie masz plany na przyszłość? Chciałbyś skupić się na tworzeniu filmów a mniej występować?

To pytanie, które zawsze słyszałem w Łodzi – chcesz być reżyserem czy śmiesznym panem na scenie? Kłóciłem się z tym, bo uważam, że to dobry pomysł, aby uprawiać płodozmian, aby jedno wpływało na drugie. Występy sprawiają, że jestem lepszym reżyserem, rozumiem lepiej aktora i jego potrzeby. Tutaj też mocno podbudowuję sobie ego, łatwo jest o uznanie, nagrodę, ludzie się śmieją, klaszczą. Dzięki temu przy produkcji filmów mam mniejszy ciężar, nie muszę udowadniać sobie niczego, podchodzę do nich na spokojnie i nie określam się tylko przez nie. Wielu twórców uprawia sztukę na scenie z powodu jakiegoś braku, np. docenienia – i ja, znając już trochę siebie, też w jakiejś części tak mam. Ale przede wszystkim robię to bo oddycham improwizacją, uwielbiam to robić, zaś filmy to wyzwanie intelektualne, najtrudniejsze zadanie jakie w życiu miałem. Chciałbym żyć z filmów, a improwizuję dla czystej przyjemności. Teraz chcę skupić się na debiucie pełnometrażowym, dlatego ostatnio nie mam czasu na kolejną formę czyli występy stand-upowe. Film jest tematem rozwojowym, a improwizacja ma swój kres. W stanach często ścieżka jest taka, że masz swój stand-up, albo improwizujesz a potem występujesz w telewizji, czy na stadionach dla 50 tysięcy ludzi. U nas nie ma takiego rynku, raczej możesz trafić na biesiadę kabaretową. Inna sprawa że mnie taka droga nie interesuje, nie ma w tym szlachetności. Nie chciałbym mieć programu telewizyjnego jako komik, bo dla mnie ma sens występ dla 50-100 osób tu i teraz, by przeżyć to z nimi. Oczywiście stworzenie kiedyś komediowego programu fabularnego typu Monty Phyton to byłoby coś, ale nie tam są osadzone moje ambicje, nie wydaje mi się to perspektywą wartą inwestowania. Komedia to mój język, którym jednak chcę się porozumiewać również w filmach. Wspominam Szymona Majewskiego, który miał swój show – „Cięcio-gięcie”, który lubiłem, a potem każdy kolejny był słabszy i widzę, że to się wyczerpuje. Film z kolei jest czymś ponadczasowym, jest sztuką, która może być znakomita i zostać na zawsze. Dalej jako twórca można odbić się od tego, rozwijać się w tym, stworzyć coś lepszego. A rynek komediowy jest czymś doraźnym, potrzebnym tu i teraz.

Myślę też, że można się zmęczyć byciem śmiesznym, jest to przecież swego rodzaju ekshibicjonizm.

No właśnie wracając do Szymona Majewskiego – sam kiedyś przyznał w jakimś wywiadzie że się wypalił. Nie uświadamiamy sobie tego na co dzień, że wychodząc na scenę, dając ludziom radość oddajemy część siebie, że niezależnie od nsatroju musimy każdorazowo rozbawić widownię. Wszyscy się dziwią dlaczego komicy są depresyjni – a często osoby o depresyjnych skłonnościach używają komedii jako mechanizmu obronnego, żeby nie kisić się w tym smutku wewnętrznym, ale też ile razy możemy zdawać egzamin z tego czy jesteśmy śmieszni? Starzejemy się, pojawiają się różnice międzypokoleniowe i dziś też pewnie 17-latków śmieszy co innego niż nas, porozumiewają się już innym językiem niż my. W komedii mamy dużo większe ryzyko wypalenia i frustracji, bo nie ma dużego pola do zmian. Po wielu latach wychodzi się na scenę bez tremy, ale czasem też bez większej ekscytacji. W filmie możemy zrobić przerwę, zmienić styl.

W filmie też pracujemy z nowymi ekipami, nad nowymi tematami, w nowych miejscach.

Tak, to odświeża umysł. Film zawsze kosztuje mnie dużo energii, poświęcam mu dużo pracy, przygotowań, to przygoda, emocje, adrenalina. W improwizacji, gdy mam świetny spektakl, to czuję satysfakcję, jednak codzienność skonstruowana z samych występów niesie ryzyko rutyny. To mi nie wystarcza, by trzymać mnie przy życiu. To taka bardzo długa odpowiedź na Twoje pytanie, ale generalnie film to moja droga na przyszłość.

Czekamy zatem z niecierpliwością na Twoją dalszą twórczość filmową i trzymamy kciuki! Dzięki!